Indie - o tym, jak nie zostanę himalaistką ;)

Indie... temat rzeka! Wróciliśmy dwa dni temu i cały czas trudno mi oswoić się z rzeczywistością, pozbierać myśli i powiedzieć co tak naprawdę o tym kraju myślę!


Zacznę więc od tego, co zajęło nam największą część podróży, a co wbrew pozorom najłatwiejsze jest do ogarnięcia moim małym rozumkiem. Góry. Śnieżne olbrzymy. Skalne giganty. Himalaje...


Nasze plany górskie ewoluowały zarówno przed wyjazdem, jak i w trakcie. Głównym celem była Mulkila (6517 m n.p.m.), szczyt położony w Himachal Pradesh. Jakież było nasze zdziwnie, gdy po dotarciu do Manali, bazy wypadowej w okoliczne góry, dowiedzieliśmy się, że przełęcz prowadząca w okolice Mulkili jest jeszcze zamknięta. Powód: rekordowy opad śniegu od 50 lat!

Vashist, położone nieco ponad Manali, na wysokości 2100 m n.p.m. Nasza baza wypadowa.

Kamienne domy w Dolinie Kullu.

Treeking nad Manali.


Jako że Rohtang Pass, położona na wysokości prawie 4 tys. m n.p.m. nie rokowała szybkiego otwarcia, porzuciliśmy pomysł wejścia na Mulkilę i skoncentrowaliśmy się na tym, co miało być dla nas rozwspinaniem czy też aklimatyzacją. Szczyt Hanuman Tibba, leżący po "dobrej" stronie przełęczy ma niecałe 6 tys. Szybko okazało się jednak, że on również nie jest w tym momencie dostępny. Ze względu na uformowanie terenu ryzyko lawinowe jest tam wyjątkowo duże. Powód? Ano, rekordowy opad śniegu od 50 lat!


Całe szczeście, w okolicy nie brakuje sześciotysięczników! Po konsultacjach z lokalsami znaleźliśmy nowy szczyt: Deo Tibba (6001 m n.p.m.). Mieliśmy jednak niezłą zagwozdkę: agencja, w której załatwialiśmy tragarzy rzuciła tak bajońską sumę, że nawet będąc "białasami" mielibyśmy z nią problem.

Nasi tragarze pakują wory na dach autobusu.


Ale jak wiecie lub nie wiecie, ja w życiu nie mam szczęścia do kart, ale mam za to szczęście do ludzi! Spacerując uliczkami Old Manali zobaczyliśmy knajpkę Kathmandu Cafe. Postanowiliśmy wejść, z myślą o tym, że może tym sposobem wesprzemy Nepalczyków. I rzeczywiście! Szefem okazał się Nepalczyk, przemiły, uczynny, uśmiechnięty Bhim. Zdradził nam, że w tej okolicy tragarzami są tylko i wyłącznie Nepalczycy, którzy przyjeżdżają tu na sezon do pracy. A jako że trzymają się razem, nietrudno mu było załatwić nam czterech chłopaków.

Trekking z Jagatsukh do Seri. Dzień pierwszy.

Kwiaty w dolinie.

Wyruszyliśmy z samego rana, lokalnym autobusem z Manali do Jagatsukh. Stamtąd rozpoczyna się szlak, biegnący wzdłuż rzeki o tej samej nazwie. Nasz trekking trwał dwa dni. Kiedy tylko nasi młodzi Nepalczycy, nie mówiący ni w ząb po angielsku, zarzucili swoje sznurki na plecaki i zamocowali je na czołach, byliśmy przerażeni... Ledwo wstając z dużymi ładunkami, ewidentnie dopiero zdobywający doświadczenie, młodzi tragarze wyglądali jakby mieli nie dojść nawet do połowy drogi!

Drugi dzień trekkingu.

Nie doceniliśmy jednak nawykłej do wysokości nacji. Drugiego dnia chłopaki tak się rozkręcili, że bez problemu doszliśmy do bazy na polanie Seri, na wysokości 3900 m n.p.m. Zazwyczaj bazę zakłada się wyżej, koło jeziora Chandra Tal (4500 m n.p.m.). My postanowiliśmy jednak zostać w Seri ze względu na aklimatyzację oraz, a jakże, wyjątkowo dużą ilość śniegu.


Dojście do Seri.

Seri. Koniec trekkingu, początek... no właśnie - na pewno nie wspinania! ;)


Następnego dnia wyruszyliśmy z częścią rzeczy do wspomnianego już Chandra Tal, aby założyć tam bazę wysuniętą. Słońce paliło niemiłosiernie, spiekając nam twarze, odbijając się od śniegu i atakując ze wszystkich stron. Zdjęcie okularów lodowcowych choćby na sekundę powodowało ostry ból oczu. Mimo tego dobrnęliśmy w okolice jeziora (choć samo Chandra Tal ukryte było pod śniegiem i dopiero po kilku dniach zorientowaliśmy się, w którym jest miejscu).

Widok z Chandra Tal na Deo Tibba.

W drodze z Seri do Chandra Tal.

Po złożeniu depozytu wróciliśmy do bazy. Kolejnego dnia, z pozostałym sprzętem, podeszliśmy jeszcze raz do Chandra Tal i zostaliśmy tam na noc. Noc była ciężka, trudno mi było zasnąć. Czy to przez słońce, czy przez wysokość, następnego dnia po śniadaniu trochę mnie "odcięło". Postanowiłam zostać w namiocie, a panowie poszli w stronę przełęczy na rekonesans.

W bazie wysuniętej - Chandra Tal.

Zachód słońca. Widok na Jagatsukh Peak.

Wyjście na przełęcz.


Pobyt w namiocie niewiele poprawił moje samopoczucie. Kiedy mój luby, tknięty jakimś przeczuciem, zawrócił żeby sprawdzić jak się trzymam, chyba już kiepsko kontaktowałam. I tutaj nastąpiła ewakuacja, z której pamiętam głównie, że ciężko stać prosto jak się kręci w głowie. Co więcej, ewakuacja mimo poprawy samopoczucia w bazie, nastąpiła aż do Manali, ale to już nie ja, a kolejne załamanie pogody (i dostawa nowego śniegu przy okazji!).

Chmura-Potwór nadchodzi z doliny :)


Po kilku dniach wróciliśmy do Seri. Czekała tu na nas przykra niespodzianka. Otóż plecaki, które zostawiliśmy schowane pod skalną ścianą, zniknęły. Odnalazły się wkrótce w namiotach hinduskiej wyprawy, która w międzyczasie tu dotarła. Mimo tak nieprzyjemnego początku znajomości, lokalni przewodnicy prowadzący grupę okazali się bardzo sympatycznymi ludźmi. Miano "Barbarzyńcy" przylgnęło jednak do nich na dobre!

Barbarzyńcy w drodze na Duhangan Col.

Po raz kolejny pod Deo Tibba.

Proszę bardzo - czapka Pakamery Włóczykija doskonale sprawdza się w Himalajach :)


Dojście do Chandra Tal poszło nam bardzo szybko i sprawnie. Ucieszyliśmy się, że to znak coraz lepszej aklimatyzacji. Postanowiliśmy zaatakować szczyt wprost z Chandra Tal. Pobudka o 2 w nocy, topienie śniegu na herbatę, wygrzebanie się ze śpiworów w ciemności i mróz... Nie jest to chyba najlepsza część himalaizmu ;) Jeśli dodać do tego zamarzające palce, ból głowy, dużą ilość świeżego śniegu i ciężkie plecaki to obraz przedstawia się dość rozpaczliwie. Tym niemniej, wyruszyliśmy!


Już po dość krótkim czasie oceniliśmy nasze tempo jako zbyt słabe na tak szybki atak szczytowy. Aby nie tracić tak pięknie rozpoczętego dnia postanowiliśmy dojść na przełęcz i zdobyć Jagatsukh Peak (5232 m n.p.m.).

Granią na Jagatsukh Peak.

Na szczycie. Może nie tym co trzeba, ale kto by na to zważał!

Z przełęczy oraz szczytu roztaczał się przepiękny, bajkowy wprost widok na, zdawałoby się, nieskończone Himalaje. Aż po horyzont tylko góry i góry... Ośnieżone gigatny, popękane lodowce, wiszące seraki.

Suszenie rzeczy po powrocie do Chandra Tal.


Po zejściu do bazy wysuniętej spędziliśmy kolejną niezbyt regenerującą noc w ciasnych namiotach. Przemarznięte w czasie wyjścia palce u nóg nie dawały mi spać. Nic dziwnego, jak się później okazało udało mi się w czasie mojej krótkiej himalajskiej kariery odmrozić jeden całkiem porządnie. Kolejne załamanie pogody zdecydowało o kolejnym odwrocie na niziny. Tym razem z całym kramem, ponieważ kolejny opad śniegu mógłby nas na nieco dłużej zablokować na górze.


I tutaj znowuż uśmiechnęło się do nas szczęście. Otóż spotkaliśmy jednego z naszych tragarzy, pracującego obecnie dla dużej, damskiej, hinduskiej wyprawy. Nie miał akurat wiele do roboty, więc razem z kolegą, pomógł nam w przetransportowaniu worów na dół. Wcześniej poczęstowano nas także obiadem, tradycyjnie ryżem i potrawą z soczewicy - dal. Kolejny uśmiech szczęścia to samochód napotkany przy elektrowni wodnej po drodze, który zwiózł nas wraz z plecakami aż do Vashist!

Hinduskie wyprawy to dopiero miały zaplecze!

Deszczowe pożegnanie z doliną.

Powietrzna droga z elektrowni wodnej do Jagatsukh.


I tak oto skończyła się moja przygoda z Himalajami. Panowie postanowili jeszcze raz zaatakować, tym razem w stylu alpejskim, niestety również bez powodzenia. Poznana wyprawa Hindusów wycofała się także, powyżej przełęczy, ze względu na bardzo dużą ilość śniegu (ha, niespodzianka!) i wysokie ryzyko lawinowe.


Reasumując: nanosiłam się ciężkich worów, spaliłam dokumentnie nos, odhaczyłam chorobę wysokościową, odmroziłam palec. Znaczy, wiem już co to Himalaje ;)

A tak na poważnie, podziwiam ludzi, którzy mają tyle cierpliwości i zawziętości, żeby siedzieć w namiotach całymi dniami i czekać na pogodę. Pokonywać tę samą drogę dzień w dzień w ramach aklimatyzacji. Dyszeć na każdym kroku brnąc po pas w śniegu. Cierpieć jednocześnie od mrozu i nadmiaru słońca. Podziwiam, ale wiem, że to nie dla mnie. Ja wolę zachować wszystkie swoje palce. I więcej się wspinać, a mniej walczyć ze śniegiem i zawrotami głowy. Tak więc ma to swoje plusy: już wiem, że nie będę himalaistką i mogę z czystym sumieniem wrócić do treningów na Makaku i planować wypady na Jurę i w Tatry!


Wspaniale było zobaczyć góry, o których tyle czytałam, o których tak marzyłam. Wspaniale jest wrócić z kompletem palców i cieszyć się wspomnieniami pięknych widoków. Wspaniale jest mieć nadal przed oczami te śnieżne szczyty. Wspaniale!



Wyróżnione posty
Ostatnie posty
Archiwum
Wyszukaj wg tagów
Podążaj za nami
  • Facebook Basic Square
  • Twitter Basic Square
  • Google+ Basic Square

roza@paszkowska.waw.pl

+48 600 283 499

Róża Paszkowska

Instruktor Sportu

specjalność: Wspinaczka

 

  • White Facebook Icon

Więcej o moich

podróżach:

Współpracuję:

Motywuje

mnie:

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now